
W każdej terapii chodzi o odkłamanie siebie. Prawda nie jest na początku dla nas lekka, miła, słodka i przyjemna jak przyjemne jest głaskanie ciepłego, kociego futerka. Wręcz przeciwnie. Prawda potrafi nas zranić – gryzie, dotyka do kości…
Obrażamy się, gdy usłyszymy od kogoś prawdę lub dopuszczamy w sobie już powoli prawdę. Zanim nas obudzi, potrafi mocno rozhuśtać w emocjach. Mówimy jej NIE, bo boimy się tego czucia i bólu, kiedy maski odklejają się, a mechanizmy obronne i strategie przetrwania ratujące latami już się przeterminowały.
Jednak jak nie mamy zgody na prawdę, to niestety żadna terapia nie pomoże, żaden psycholog, żaden terapeuta, żaden uzdrowiciel, żaden psychoterapeuta i żadna metoda.
Prawda, którą pokazują ustawienia ma się często nijak do znanych faktów i oficjalnie, głośno wyrażanych poglądów. Prawda jest w duszy (dusza człowieka zawsze ma kontakt z prawdą, jest to boska, najczystsza część nas). Prawda dotyczy nieraz sytuacji osobistej człowieka, a nie zawsze traum rodowych i brzmi na przykład tak:
Zdobyłam Ciebie podstępem.
Bawię się.
Jestem z Tobą z lęku.
Niech już wreszcie umrze.
Nie kocham swojego dziecka.
Nienawidzę mojej matki.
Od prawdy można zacząć każdy proces zdrowienia… Zobaczyć gdzie i kiedy utknęła we mnie miłość i nie płynie lub przy kim zatrzymał się przepływ miłości w rodzie. Ale często jest to osobiste, a nie od nich (przodków) przejęte. I to bywa najtrudniejsze…
Powoli, warstwa po warstwie, zadawać sobie pytania. Nie wymagać natychmiastowej odpowiedzi od siebie, natychmiastowych działań… Pozwolić sobie na terapię w prawdzie swoich prawdziwych intencji, swoich prawdziwych emocji.
To dopiero odwaga.